czwartek, 20 listopada 2014

ROZDZIAŁ II NAPAD


                       ROZDZIAŁ II NAPAD NA KARAWAN


Po przysiędze poszliśmy do wielkiej sali,gdzie były stoły z jedzeniem i piciem dla wszystkich

a starczyło to,na dwa tygodnie ale ja wolałem jeszcze chwilę przespać się,ale kiedy ino wszedłem

do pokoju wspólnego usłyszałem muzykę lutni i innych instrumentów,padłem na łóżko i ani się obejrzałem

znowu usnąłem ale nie na długo ponieważ,Cedrik mnie obudził i spytał zdziwiony

-co ty jeszcze chcesz spać?

-a co w tym dziwnego?-spytałem

-chodź na ucztę,chyba że chcesz przespać cały dzień

-wiesz co,jakoś nie specjalnie przepadam za ucztami,więc...

-dobra,twoja sprawa no to karaluchy pod poduchy ale miej na nie oko-zaśmiał się i wyszedł

Po dwóch godzinach,wyszedłem z pokoju wspólnego i poszedłem do wielkiej sali gdzie chłopak

z dziewczyną tańczyli walca,inni zajadali lub pili z kubłów.

Pomieszczenie było mroczne i zimne,okna były bez okien a ściany kamienne,dywan był czerwony

ze żółtymi wzorami,pomieszczenie oświetlały jedynie świeczki,na końcu bardzo dużej komnaty

siedziała jakaś mała i zielona postać,wyglądała na groźną i niebezpieczną,postać nie miała włosów

a uszy były długie i szpiczaste,zaś nos miał długi i haczykowaty.Goblin był odziany na bogato

miał na sobie długą jedwabną koszulę koloru złotawego przypinaną grubą i cieplutką peleryną.

Naglę do komnaty wszedł drugi goblin ubrany w lekką zbroję i skórzaną czapkę,w ręku trzymał

długą włócznie a na stopach miał skórzane sandały,goblin ukłonił się i przemówił

-panie

Goblin wbił w niego wzrok i spytał zimnym i mrożącym krew w żyłach głosem

-o co chodzi,Gerwaldzie?

-jutro będzie karawan wyjeżdżał z akademii paladynów-powiedział Gerwald

-no i co?

-więc naradziliśmy się żeby zaatakować

Goblin zmarszczył brwi

-a czemu niby mamy atakować,czym oni są winni?

-panie,oni wiozą młodych paladynów,i chyba nie można pozwolić na zwiększenie paladynów to grozi

zaprzestania naszych nikczemnych planów

Gerwald spojrzał na swojego władcę i czekał aż ten odpowie

-dobrze więc,jutro rano zaczynamy,w drodze do Galway zaatakujemy

Gerwald ukłonił się raz jeszcze i wyszedł.Po trzech godzinach siedziałem i nudziłem się

ci co tańczyli odpoczywali albo coś jedli i pili a ci co siedzieli,teraz tańczyli i tak w koło

macieju,ja jednak wolałem jeszcze się przespać niż umrzeć z tej nudy,ale był jeden problem

bo nie chciało mi się już spać,więc poszedłem do biblioteki gdzie nie wielu osób tam przesiadywało

inni coś czytali,inni o czymś rozmawiali.

Usiadłem na ławce,chwyciłem za byle jaką książkę i zacząłem czytać byle jaką stronę aby zabić czas.

Czas leciał bardzo powoli,co było najgłupsze,naglę do biblioteki wszedł Cedrik

-hej czemu nie idziesz? taka fajna zabawa,już zdążyłem zatańczyć,aż z czterema dziewczynami

-no to super,ale ja za tym nie przepadam i nie umie tańczyć-wyjąkałem i zniknąłem za książką pod

tytułem "w brzuchu trolla"

-jak nie,to nie stary nie wiesz co tracisz-Cedrik odwrócił się ode mnie plecami i wyszedł

Przewróciłem oczami i wróciłem do następnego rozdziału.Nadszedł wieczór liczba tańczących zmalała

i komnata była już prawię pusta,Winessa siedziała przy stolę i popijała wino,pomyślałem że się do niej

dołączę,usiadłem na przeciwko niej,chwyciłem za kielich wina,Winessa spytała

-gdzieś ty był przez cały bal?-spytała lekko zapijaczona

Winessa wyglądała jakby wypiła już jakiś piąty kielich wina,wyglądała na ospałą i przymuloną

-a jak myślisz?

-ech,nie przejmuj się ja też nie lubię jakiejkolwiek uczty-rzekła Winessa a jej ręka zawisła

w powietrzu,a kielich z winem w drugiej ręce niebezpiecznie się przechylił,co wylało się

z kielicha trochę wina-wiesz co...(Winessa czknęła)...ja chyba już idę spać no to...(czknęła)...żeg-

naj-Winessa wstała,zachwiała się i zygzakiem udała się do pokoju wspólnego i przy wyjściu

walnęła głową o ścianę i krzyknęła

-jak łazisz baranie...(czknęła)...ej rozumiesz co mówię do ciebie?..ej co ty...ups przepraszam

I poszła sobie,zaśmiałem się z pomyłki Winessy i jeszcze usłyszałem w oddali odgłos jakby się ktoś

wywrócił,wziąłem jeszcze parę łyków wina i poszedłem za Winessą do pokoju wspólnego,rzuciłem się

na łóżko i natychmiastowo zasnąłem.W czasie snu coś mi jakby...było w połowie snem,a w połowie

wizją,widziałem karwan z nowo wyszkolonymi paladynami,naglę jakby krzyk i brzdęk miecza i dźwięk

żelaza wbijające się w ludzkie ciało,krzyki i uderzanie miecza o miecz...zerwałem się ze snu

złapałem się za głowę i dziwnie mnie coś mdliło,usiadłem na łóżku i ukryłem twarz dłońmi

i rozmyślałem co może oznaczać ten sen,karawan,atak...nie miałem pojęcia co to może być

ujrzałem przez okno,księżyc jeszcze jaśniej świecił niż wcześniej,miałem ochotę wypić nawet beczkę

wody,padłem na poduszkę i starałem się zasnąć ale jakoś udało mi się i spałem jak zabity.

Następnego ranka jak zwykle obudziliśmy się o świcie,szybkie ubieranie i oczywiście bez

śniadania udaliśmy się na zewnątrz,otrzymaliśmy nasze obiecane miecze i naglę paladyn w średnim

wieku,no gdzieś 50 lat miał,i opowiedział nam trasę...

-będziemy się kierować do Galway...karawan będzie ze wszystkich stron zabezpieczany

więc nie ma się czego bać.

Wsiedliśmy więc do bardzo dużego karawanu,dach był okryty jakimś białym materiałem

a wnętrze było jak w więzieniu,od początku do końca po lewej i prawej stronie,drewniane ławki

usiadłem koło Cedrika i Winessy która nie za dobrze wyglądała po tym winie,kiedy wszyscy wsiedli,

karawan ruszył,ciche skrzypienie kół i niepokojące szumienie drzew niepokoiły mnie,przelatujące ptaki

też mi się wydawały podejrzane...wtedy...zerwałem się,szarpnąłem Cedrika i szepnąłem przerażony

-musimy zatrzymać karawan

-czemu?-spytał zdziwiony

Naglę wydawało mi się jakby coś ucichło,wiatr przestał wiać,jakby go w ogóle nie było

czułem jakieś ukłucie w sercu i mogłem sobie głowę objąć że znajdujemy się w niebezpieczeństwie

po jakimś czasie...jakby to się stało natychmiastowo,strzała przebiła biały materiał i przeleciał

przez drugi,Shorty krzyknęła

-wszyscy padnij!

Więc zrobiliśmy tak,słyszeliśmy brzdęki miecza tak jak w moim śnie,i w końcu kolejna ale tym razem

podpalona,materiał zapłonął,nie mogłem pozwolić na jego spłonięcie więc uniosłem rękę i szepnąłem

-aqua-z moich palców wydobył się strumyk wody co natychmiastowo ugasił pożar,nie wiedzieliśmy

co się dzieje na zewnątrz,czułem coś że to wróg zwyciężył,odwróciłem się do Cedrika i powiedziałem

-musimy się bronić

-ale czym?-spytał przerażony

-nie no nie gadaj że nie dostałeś miecza?-spytałem zdziwiony

-no,oj tak przepraszam

Naglę znowu coś przebił materiał ale tym razem nie była strzała,to była włócznia na jej końcu

widniała świeża krew i skapywała na podłogę,do materiału przywarła jakaś osoba stękająca

i krztusząca się,wtedy na materiale zobaczyliśmy że ta osoba wypluwa krew na biały materiał

i zamarł.

-do mieczy-rzekłem wstając sięgnąłem po swój

-czyś ty zwariował,wytłuką nas!-syknęła Winessa

-prędzej czy później i tak nas wytłuką

Podszedłem do wyjścia z karawanu kiedy pojawiła się zielona mordka o szpiczastych uszach i o groźnej

twarzy,przerażony wziąłem zamach i goblin już leżał na ziemi martwy,odwróciłem się

-no na co czekacie?!

Wszyscy wstali i po chwili kolejne strzały przebijały karawan ale tych strzał było więcej

i wszyscy natychmiastowo padli na podłogę i na szczęście nikt nie został ranny,ja jako jedyny

odważyłem się i pobiegłem za karawan,kucałem tak i myślałem co tu zrobić?

zobaczyłem obok siebie martwego paladyna ze strzałą wbitą w jego pierś,w prawej ręce trzymał tarczę

a w drugiej miecz,więc wziąłem od niego tarczę i czekałem na odpowiedni moment aby

wywołać pożar lasu aby wykurzyć stamtąd gobliny,właśnie przypominałem sobie jakie to może być

zaklęcie,ale zdałem sobie sprawę że zanim sobie przypomnę to wszystkich nas tutaj wymordują

naglę jakby...ostrzał został zakończony,luknąłem troszkę i zauważyłem że gobliny wychodzą zza drzew

teraz była okazja aby stanąć z nimi twarzą w twarz...

-teraz wychodźcie i walczcie-odparłem,a ci jak nie wyszli z karawanu to myślałem że oni tych goblinów

rozwalą na miazgę,wyszedłem aby pomóc,Shorty walcząca z goblinem,przejechała mu mieczem po brzuchu

i zalał się własną krwią,Winessa ona to dopiero miała rozrywkę,Winessa traktowała gobliny jak

wór treningowy więc jeśli któryś się do niej zbliżył,leżał martwy w kałuży własnej krwi

lecz,jedna osoba miała problem,Ben brat Shorty ten leżał na ziemi przygnieciony ciężarem goblina

który siłował się z nim,ten przygniatał go włócznią podszedłem,chwyciłem goblina za skórzaną

koszulę i rzuciłem go gdzieś i akurat uderzył o drugiego goblina wyrzuconego w powietrze pewnie

przez Winessę...

-w porządku?-spytałem podając mu rękę

-w porz...za tobą

Instynktownie odwróciłem się i wbiłem miecz w brzuch goblina,ten zachwiał się z ręką uniesioną w

powietrzu,trup osunął się z mojego miecza i leżał na ziemi.Teraz to gobliny poniosły krwawą

porażkę zadzierając z nami,większość co nie mogła już walczyć,uciekła w las,wszyscy się cieszyli

ze swojego sukcesu,ucieszona Winessa przytuliła się do mnie,wesoło poklepałem ją po plecach

wszystko trwało wesoło i szczęśliwie kiedy znowu świst,Winessa drgnęła,spojrzałem na jej plecy

w jej łopatce tkwiła strzała,rozejrzałem się za sprawcą,to był w oddali goblin który przygotowywał

się do ucieczki,w rękach trzymał łuk,czułem że rodzi się we mnie złość i nienawiść,Cedrik przytrzymał

Winessę,a ja popędziłem za goblinem który w oddali rechotał ze szczęścia,mój bieg stawał się

coraz szybszy i na razie miałem jeden cel,zabić go...wszedłem w głąb lasu i nie interesowało

mnie czy ktoś się czai za drzewami czy nie,chciałem tylko jednego,śmierci goblina

kiedy już doganiałem goblina skoczyłem na niego zwalając go z nóg,obróciłem go twarzą do siebie

i zacząłem go okładać pięściami,byłem tak przepełniony furią i nienawiścią że moje uderzenia

stawały się coraz silniejsze i wrzeszczałem na niego

-odetnę ci łeb i zagram nim w piłkę!!!

Kiedy goblin był półprzytomny,chwyciłem za miecz i bez namysłu wziąłem zamach,głowa goblina

potoczyła się do rowu i zamarła z wywalonym jęzorem goblina,furia już po woli znikała

a złość i nienawiść opuściła mnie,schowałem miecz do pochwy i wróciłem do reszty,inni przestraszyli

się ponieważ na mojej szacie widniały ślady krwi goblina,a raz inni zachwyceni i jeszcze inni

zdziwieni.Nie patrzyłem na nikogo tylko szukałem Winessę,leżała bokiem oparta o koło karawanu

Winessa była spocona i umazana krwią,Winessa rozpaczała i zaciskała wargi,sięgnąłem

po moje rękawice zwykle ich nie używam,więc powiedziałem do niej

-masz,zaciśnij zębami a ja spróbuję to wyjąć

-nie-jęknęła błagalnie Winessa-proszę nie

-chcesz tak iść ze strzałą w plecach? no to chyba to kiepski pomysł-odrzekłem i patrzyłem na nią

z powagą,Winessa zacisnęła zęby o rękawice,po woli wyjmowałem strzałę ale im bardziej się gramoliłem

tym więcej krwi upływało,a do tego Winessa musiała cierpieć więc mocnym i szybkim ruchem

wyjąłem strzałę ale Winessa tego nie wytrzymała i wrzasnęła,potem wywołałem kogoś kto jest

dobry z medycyny i ten ktoś była Shorty i zaopiekowała się nią,wytarłem pot z czoła i odpiąłem

pelerynę,serce jakby powoli wracało do normalnego rytmu.Shorty ani na moment nie opuszczała

Winessy,dawała jej pić i coś tam do jedzenia,spytałem ją

-jak myślisz,ile nam zajmie dojście do Galway?

-nie wiem,jakieś cztery kilometry mniej,więcej-odparła Winessa

-no,może dojdziemy-bąknąłem

-słuchaj,potrzebny nam wilk,czy tam pies-odrzekła Shorty patrząc mi prosto w oczy

-po co?-spytałem zdziwiony

-musi wywęszyć czy w pobliżu nie jest gdzieś człowiek-odparła

-podejmuję się tego zadania-wyrwałem po chwili

-ta,a niby jak chcesz to zrobić

-zaraz zobaczysz jak-odparłem

Zamknąłem oczy i zacisnąłem wargi i mocno się skupiłem i wylądowałem na czterech łapach

zamieniając się w pięknego wilka,Shorty krzyknęła,jej krzyk usłyszała reszta paladynów

i ruszyła by jej pomóc,ale Shorty krzyknęła raz jeszcze

-stop,to Niko w postaci wilka,on znajdzie trop jakiegoś człowieka

Puściłem do niej oczko i poczłapałem przystawiając nos do ziemi i zacząłem węszyć,czułem...

końskie łajno które które akurat należało do koni ciągnących nasz karawan,potem leśne

powietrze i...jakiegoś człowieka...myśliwy...raczej uczciwy,mmm znajdował się...metr od nas,przybrałem

ludzką postać i poprowadziłem resztę do myśliwego,gość wyglądał na dobrze zbudowanego

mężczyznę,ubrany był w stare łachmany,a koło ramienia miał łuk ze strzałami,miał blond włosy

wyglądał na młodego,spytaliśmy go o drogę do Galway i ile kilometrów trzeba iść,on na to

-no,z trzy kilometry musicie iść-odparł spokojnie

Podziękowaliśmy i poszliśmy w drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz